Kiedy widzę
smutną twarz,
kiedy życie niknie
już.
Gdy
cierpienie tuż za ścianą
w szarej sali
cicho łka,
pragnę pomoc
nieść w chorobie,
w dusze wlać
nadziei dzban.
Uśmiech rozdać,
pustkę zamknąć,
troszczyć się
o życia cud.
Mgła
przyszłości się rozwiewa,
obaw budzi
pełen stos.
Czy sił
starczy, by nie zwątpić,
by ocalać
wciąż istnienia,
które niczym
szczery kryształ
kruche i cenne
zarazem,
gubią już
sens bytowania
w bólu
zatapiając się?
Czy
wystarczy bożej łaski,
aby w
szarość codzienności,
w zwykły
odruch warunkowy
nie zamienić
misji mej?