Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 23 stycznia 2011

Wymijając rzeczywistość

temu, który pokazał mi, czym jest szczęście

wiatr tańczył we włosach
czas zatrzymał się
a jednak płynął nieubłaganie
zmęczenie tuliło do snu
tylko myśli bały się powrotu do szarości

sceny z bajki przewijały się w tę noc
zabijając wewnętrzny pesymizm
obawy znikały za grubą kurtyną
a świat zmienił się w krainę
gdzie nie ma rzeczy niemożliwych

a wszystko dlatego
że zadziwił mnie twórca piękna
który potrafi wyczarować szczęście
z najdrobniejszej chwili
i zapędzić smutek
w najciemniejszy kąt

i wtedy nadszedł koniec
lecz pozostała melodia
która szumiąc w uszach
umilała nutką wyobraźni
powrót do domu

piątek, 21 stycznia 2011

Kolory

poranek ulatuje powoli
słońce schowane poza chmurami
boi się lekkiego przymrozku
biała pierzynka pokryła szarość
za zimną szybą

a z Twoich palców kapie wiosenna tęcza
niewielki świat otrzymuje czyste kolory
paleta barw obudziła wyobraźnię

może dzięki Twej twórczej mocy
życie obudzi się zapełniając pustkę
a zima odda lekki pokłon i odejdzie daleko

nie spoglądaj w okno
maluj dalej

Gość

szarość pokrywała ziemię
szronem zniechęcenia
słowa kruszyły mur
budowany wciąż od nowa
chwila za chwilą płynęły tak ciężko

i nagle zjawił się on
dotknął zimnych ust
ledwo muskając ognistym spojrzeniem
ogrzał je cząstką siebie

tak dawno cię nie było
już myśl zapomniała o potędze
którą ogarniasz najzwyklejszą chwilę
jesteś tak blisko
a ja już tęsknię za kolejną sekundą
spędzoną w ciepłych objęciach
krótkiego wspomnienia radosnej chwili

szczery uśmiechu
lubię gdy wpadasz w odwiedziny

piątek, 7 stycznia 2011

Sztuczność

cisza zamykała myśli na klucz
senność ukazywała bezsens
a na dworze noc ciemna
przeszywana sztucznością
dławiła marzenia
kolorowe niebo nudnie zwyczajne
jak kartki w przedmiotowym zeszycie

i wstał nowy dzień
przepełniony zwykłością po brzegi
nic się nie zmieniło
znowu samotnością cieni
zagubionych w bezdrożach
witam kolejny rok

Za zakrętem

szła ścieżką po płatkach róż
delikatną czerwienią otuliła bose stopy
długa suknia sennych spełnień
przepływała przez pachnący ocean
błękitne zaszklone oczy szukały czegoś w oddali

nagle śpiew utkany z pyłku motylich skrzydeł
zabrzmiał w uszach dziewczyny
narastał prosił wołał szafirową nutą
usłuchała i skręciła w mgłę codzienności

odtąd droga usłana kolcami czerwonych róż
prowadziła przez życie raniące delikatne jej ciało
jednak uśmiech wciąż przyozdabiał wychudłą twarz
bo łza samotności w nim się rozpłynęła

Refleksja II

na dworze coraz chłodniej
a w duszy właśnie budzi się wiosna

motyle wspomnień
czerpią nektar z kwiatów przyszłości

uwolniłam myśli od ciężkich kajdan obowiązków
przeszłość utworzyła potężną bramę

nie chcę pamiętać pomyłek losu
i bezmyślności przyszłej

otwieram zamglone oczy
przypominające o nocy bezsennej

to nic że ludzie zranili
nic też że świat ze mnie zadrwił

bo przecież minął wczorajszy dzień
ciągle gromadzę doświadczeń życiowe stosy

nie popełniam raz drugi tego samego błędu

Spoglądając przez szybę rzeczywistości

dziś marzenia tak blisko rozbiły namioty
widzę każdy szczegół wyśnionego szczęścia
które jest bliżej niż wtedy
gdy wierzyłam w spełnienie

patrzę wciąż bezwiednie na to
czego nigdy nie zdobędę
szklana przeźroczysta szyba
chociaż niewidzialna
stanowi przeszkodę na drodze do celu
stojącego naprzeciw
niby w oknie wystawowym

szkło zbyt grube żeby się przez nie przebić
wciąż powtarzam że brak mi sił
a może tylko boję się
że uderzając pięścią w śliską taflę
rozsypię czyjeś życie
na drobne cząsteczki krzemowego związku
zmieszane z kroplami krwi poranionej dłoni

Dubiecka jesień

jesienne słońce lekko ogrzewa złociste liście
wiatr je na gałęzi kołysze i tuli do snu
znużone opadają zasypiając w stercie ściółki
nie umierają zupełnie
już wkrótce zaczną współtworzyć nowe istnienie
bo w przyrodzie wszystko znajduje głęboki sens

nawet człowiek potrafi się odrodzić
jeśli nie w tym to w przyszłym życiu

Tylko uwierz

na mojej drodze wiele przeciwności
sił wciąż brakuje by dalej iść
upadam jak zeschnięte drzewo
pod silnym podmuchem zła
często staję na rozstaju dróg
i wybieram błędny cel

to co przyjemne
prostą drogą przez życie mknie
aby na końcu wyniszczyć sumienia łzą
ścieżka wartości uczących jak żyć
zbyt wąska by przejść
dla tego którego wiara w miłosierdzie
zniknęła za wątpliwości mgłą

ostre kamienie kaleczą stopy raz po raz
ciągle patrzę na drogę wśród snów
wiem że to co spotyka mnie
każda przeszkoda i duszy ból
które przede mną stawia Bóg
nie są zbyt trudne by przez nie przejść
gdy On prowadzi i wyznacza cel

Spotkanie z Nim

jakaż przedziwna radość
ogarnia mnie na myśl
że już niedługo zatrzymam czas
i zatopię się w Tobie
cała bez reszty

wsłuchana w Wielkie Słowa
rozpalę na nowo
dogasający płomyk wiary

kocham Cię za to
że wciąż pozwalasz mi wracać
dziękuję za Twoją miłość
prawdziwą i nieprzemijającą

Jesienna chwila

złociste barwy rozsypują się
czyniąc królewską ścieżkę
dla zwykłego przechodnia
i niczym motyle kołując wirują
igrając z jesiennym powiewem

opadają jak śnieżny puszek
by wznieść się
pod większym podmuchem
i frunąć w niezmierzoną dal

kolory tańczą
tworząc teatralne przedstawienie
nie przechodź obojętnie
wobec tej chwili ulotnej

bo wkrótce rzęsisty deszcz
zamieni wszystko w szarość

Bez pożegnania

Dedykowane przyjacielowi
w tym smutnym dniu
ostatniego spojrzenia na znajomą twarz


odejść
wypić ostatni łyk kawy
pogłaskać wnuka
po zwichrzonej czuprynie

odwiedzić przyjaciela
odległej młodości
i popatrzeć na słońce
które jutro nie wzejdzie

uprzątnąć pokoik na parterze
po trudzie dnia wesprzeć głowę
i zasnąć
snem lekkim jak sieć babiego lata

a wszystko po to
by odnaleźć Wieczność

Cisza bieszczadzka

morze życia spokojnie faluje
nad nim przemyka lekko chłodny wiatr
serce przepełnia radość
zaklęta w uśmiechu dziecka

czas zatrzymuje się i trwa
w chwili błogości
cisza osnuta oddalą dźwięcznych głosów
porusza duszę zamgloną tęsknotą
wczorajszego dnia

zapomniane marzenia wracają
niczym rajskie motyle
kołysząc do snu wszelkie smutki
ukryte po zakamarkach
serca pragnącego miłości
pokrewnego cienia

Poranek

jasne słońce
przebiło gęste chmury
poranek stuka to szyb
i budzi śpiące marzenia

niepewność dnia
każe podnieść głowę
ciekawość odbija się echem
po nieznanych korytarzach
stymulując do działania
zmęczoną nocnymi zmorami
wyobraźnię

drugi dzień rozłąki
wstał już dawno
więc dlaczego jeszcze śpisz

Aby zapomnieć

świat topi smutki
w sierpniowym oceanie
koncertu świerszcza
i sieje ziarna goryczy

w sercu tak poprutym
umiera szary dzień
a cudowna przeszłość
już dawno nie żyje

Natchnienie

jesteś jak natchnienie które każe tworzyć
słowa pełne prawdy i przenika duszę
uczysz jak żyć dalej gdy na drodze ciernie
i gdy serce cierpi w samotności skryte

jesteś mym natchnieniem co kołysze myśli
i prowadzi drogą której tak nie ufam
wiem że jest właściwa a jednak przeraża
chcę strach przezwyciężyć poczuć smak wolności

jesteś przyjacielem i pocieszasz słowem
każesz wierzyć w siebie i w swe własne siły
każde twoje zdanie krąży wciąż nad głową
lubię kiedy mówisz co myślisz naprawdę

Do przyjaciela

ulecz z tęsknoty
palącej jak płomień
zaproś do tańca
życiowej przygody
odpędź samotność
siatką na motyle

bądź przy mnie zawsze
gdy w pobliżu przepaść
i kiedy szczęście
zagląda mi w oczy

Ufność

szaleńczy wietrze
pogoni wiosennej
nie kuś już więcej
szumem strumyka
zieloną rosą
na suchej trawie
i kwiatem lilii
droższym od złota

unoś natomiast
słowa ku górze
prośby jak motyle
ślij pod niebiosa
by Ten co wysoko
usłyszał modlitwę
bez zbędnych regułek
płynącą z głębi
pokornej duszy

Wrota cienia

świetlisty obłoku
cieniu chwil odległych
dusza twa wzlatuje
ponad błękit myśli

tak bardzo bym chciała
odkryć tajemnicę
która klucz stanowi
do bramy ze spiżu
wielkiej jako skała
w pejzażu tatrzańskim
skrytej w miejscu pełnym
mroku samotności
nieprzeniknionego

wzrok drogi nie wskaże
tu już prędzej ślepiec
ciężkie drzwi otworzy
jeśli klucz odnajdzie
za zagadką skryty
niż ktoś pełen światła
tuż pod powiekami
bowiem oko jego
w mroku się zagubi

by uchylić chociaż
bramy tej podwoje
trzeba patrzeć sercem
nie okiem sokoła