Łączna liczba wyświetleń

środa, 30 listopada 2011

Powołanie

do przysypiających na drewnianej ławce
upadających z zagadką na ustach
do rodzących w boleściach
ze słodkim uśmiechem spełnienia
który łzy przebija na koniec

do nadzieję tracących na poduszce puchowej
samotnych w cierpieniu
i do tych co dźwigają krzyż lat na ramionach
właśnie do nich zostałam powołana

sobota, 26 listopada 2011

Niepoznana

na przekór burzom porażek
i złowieszczym wichrom słów
kroczę od pierwszego dnia ziemskiej podróży
nikt nie zna mej przeszłości
naznaczonej ciepłą łzą

zamykam oczy
i stawiam kolejny krok

Natura wolności

człowiek - chytry wynalazek
skomplikowany od każdej strony
ciało utkane tysiącami struktur
stworzył Najlepszy Architekt świata
wykreował każdy szczegół tej cudownej masy
połączył z życiem
nasączył rozumem
pozwolił nam tylko formować własne dusze
lecz bez Boga
wychodzi z nich ciągle niekształtna grudka
z której odpadają uczucia
bo ludzie nie są w stanie kochać bezinteresownie
gdy wnętrze niewidzialne
nie czuje bożej dłoni

Znieczulica

tak łatwo popaść w odrętwienie
przejść z obrzydzenia do normalności chwili

nieugięta nić czasu goni przyzwyczajenie
poświęcenie utyka codzienność
martwe oczodoły wpatrują się w sufit

a my tylko
obdzieramy wilgotne ciała
z resztek człowieczeństwa
jak sztuczne manekiny

Czas

ten złodziej chwil radosnych
zabiera każdą sekundę nadziei
przemyka niezauważenie
by wykpić gapę szczęścia
tłumi wyższe myśli
zabiera wspomnienia
każe przymknąć oczy
na wszystko co obce
wskazuje ciągle
na nowe nieukończone sprawy
pragnie bezczelnie wyzuć
z wszelkich uczuć
i częstuje obficie
ziarnami obojętności

Rady na przekór

mówisz: wstań
otwórz oczy na serca wokoło
przekrocz nieufności barierę
a mnie otocz szarością wspomnień

zostawiłam przeszłość
za przyjaźni zakrętem
lecz opuszczając pokrewną duszę
tracę kolejną cząstkę siebie

nie przywróci jej tysiące nowych twarzy
myśli naliczą większą taryfę
spotęgowaną falą doświadczenia
każą odsunąć się od niepoznanych cieni

środa, 9 listopada 2011

Powrót

niezastąpionej Klaudii


przyjaciółko droga
tak ciężko samej marzyć
tak ciężko wychodzić ze zwątpienia
los podzielił nasze drogi
i wyrzucił mnie w odległy świat
brak mi zwykłej chwili
krótkiej rozmowy
podnoszącej upadłą duszę z rozpaczy
zwykłego słowa
tak prostego
bez większego znaczenia

nie pasuję do rękawiczki tej rzeczywistości
wciąż spoglądam na przyjaźń wokoło
nie potrafię odnaleźć podobnej duszy
potrzebuję Twej dłoni
która osuszy łzy samotności
i przegoni lęk

Obojętność

zdradziecka chwila
która ostrzem swym przebija
opuszki serca
nie zdołała przekłuć
zrodzonej obojętności
narkozy uśpienia
znieczulającej zmęczone ciało

zamknęłam oczy
z których powypadały już wspomnienia
odwróciłam głowę
od melodii przejętych dusz
zostawiłam chłód bezsensu
i odeszłam

Uciec

chcę wrócić
zostawić koszmarny sen
obudzić się we własnym łóżku
pośród śpiewu znajomych słowików
wyjrzeć przez okno zaspanym wzrokiem
i ujrzeć prawdziwy nietknięty
boży świat

Jednostka

przemykam jak cień
pośród ogromnego tłumu
uśmiechem maskuję samotne wnętrze
przesuwam się na przód
po cienkiej niteczce nadziei
a ona raz po raz
przerywa się
i wpadam w przepaść rozpaczy

leczę odniesione rany
wiążę słabe końce duchowej siły
i idę dalej
po coraz lichszym moście pragnienia