Padały
słoneczniki jeden po drugim,
lekko
osuwając się na ziemię.
Zbyt lekko,
by wyrazić palący gniew.
Opierały swe
ciężkie głowy o towarzysza,
który wnet
zamieniał się w podnóżek.
Tarcze
błyskały na słońcu,
po czym opuszczały
z trzaskiem żyrafie szyje,
by zacząć
już na zawsze żyć oddzielnie.
Jedne pełne
nasienia o przyszłości niewiadomej,
drugie
wydziobane przez ptactwo, porzucone w polu.
Pozostał
tylko... stos badyli poległych,
by przekonać
o przemijalności bytu.
A jeszcze
wczoraj były takie piękne...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz